Drzewo nie do ścięcia

Kiedy po raz pierwszy postawiliśmy nasze stopy (obute w gumofilce) na Złotej Górce w roli gospodarzy, dwa wyzwania uznaliśmy za najpilniejsze. Po pierwsze, załatać dach nad naszą głową, tak by nawet gdy będziemy już siwi, nie lało nam się na łepetynę. A po drugie, zrobić coś z tym cholernym drzewem, które rośnie dokładnie na środku naszej przyszłej werandy. Odpowiedź wydaje się prosta, szczególnie teraz, gdy drzewo ściąć tak łatwo, jak znaleźć w lesie szyszkę. Ale my wiedzieliśmy, że akurat to nie jest drzewo do ścięcia.

Dach

Dach owszem, był, jednak bardzo lichy. Raz, że eternitowy, a dwa, że dziurawy i pozbawiony od dawna gąsiora, na strych lało się więc z nieba bez przeszkód. Od bramy słychać było, że woła o naprawę w niebogłosy. Podobnie jak szczerbate połacie eternitu na oborze i stodole.

drewniana chata eternit

Nie sposób też nie popastwić się nad arcyciekawą koncepcją ganko-werandy, stanowiącej nieodłączny element dachu, jego organiczne przedłużenie. Konstrukcja ta była dla nas zagadką i wiele czasu spędziliśmy, próbując rozgryźć, czemu miała służyć i jaki był jej sens. Podążając z duchem czasu, dokonaliśmy nawet czegoś w rodzaju intelektualnej rekonstrukcji, by wydobyć z pomroków dziejów zamysł autorów i przywrócić jego pamięć potomnym.

Z pewnością najpierw były schodki. Potem zapewne powstał pomysł, by schodki zadaszyć, co dało pretekst do przedłużenia dachu na całej szerokości domu. Świetnie! Tylko dlaczego linię nowego dachu poprowadzono tak nisko i z tak dużym spadkiem? W efekcie z okna kuchni widziało się jedynie lewą stronę eternitu. A siedząc na zewnątrz, zawsze pozostawało się w głębokim cieniu, obserwując świat, z racji nisko wiszącej krawędzi dachu, a dodatkowo jeszcze ozdóbek, jakby spode łba.

No i gdzie jakakolwiek podłoga, choćby najprostsza wylewka? W kopnym piachu naprawdę ciężko postawić stół czy krzesła, by rozsiąść się na dłużej. Całość werandy pięknie przyozdobiono uroczymi drewnianymi zazdrostkami, ale było to chyba tylko pudrowanie trupa. Idę o zakład, że na tej werandzie nie odbyła się ani jedna porządna biesiada lub choćby ordynarna libacja. Ba, mam ku takiemu wnioskowaniu powody: jeśli weranda pełniłaby dobrze swą funkcję, poprzedni gospodarze nie postawiliby chyba raczej w podwórzu dodatkowej altanki, która widowiskowo gniła w centralnym punkcie podwórka.

Jednym słowem kupa dobrej, nikomu niepotrzebnej, bezsensownej roboty. Najlepiej podsumowała to moja Matka, nazywając cały ten przejaw ciesielskiej sprawności niepopartej pomyślunkiem – świńską zagródką.

Drzewo

Jedyne, co nam się w dachu podobało, była to atencja, z jaką poprzedni gospodarze potraktowali rosnącą tuż przy domu akację. To musieli być naprawdę fajni i wrażliwi ludzie! Przeciętny Polak, gdy stanie oko w oko z przeszkodą tak błahą jak drzewo, po prostu łapie za siekierę i już nic nie hamuje go w realizacji budowlano – architektonicznych wizji. Rach-ciach i można brukować i betonować, a w najlepszym razie układać trawnik z rolki do woli. Zauważyliście pewnie, jak wygląda u nas proces inwestycyjny na typowej działce budowlanej. Najpierw wycina się wszystkie drzewa. Potem buduje dom, potem stawia wysoki i możliwie gęsty płot, a potem obsadza działkę dookoła tujami. Następnie szczęśliwy inwestor wprowadza się i codziennie rano cieszy swe oczy widokiem trawnika wolnego od tych cholernych przeklętych liści, które trzeba grabić. A dookoła otaczają go przepiękne szpalery tuj, pyszniąc się wśród betonu i kamienia i stanowią jego cmentarne dopełnienie! Przyjrzyjcie się nowym domom, to naprawdę tak wygląda! A tu, na Złotej Górce – proszę, cóż za szacunek dla zwykłego drzewa, w dodatku mającego opinię (całkiem słuszną) inwazyjnego chwasta!

akacja drewniana chata

Determinacja poprzednich gospodarzy, by zrobić sobie werandę czyniąc drzewo jej integralną częścią była dla nas tak oczywiście zrozumiała, że kwestią nie było, czy jest to drzewo do ścięcia, lecz jak uwzględnić je w naszym nowym życiu, w naszym małym ekosystemie, który zamierzamy kultywować na naszej Złotej Górce, wcale nie czyniąc jej sobie poddaną, lecz raczej próbując możliwie mało inwazyjnie się w nią wtopić. To jest chyba najwspanialsze w tym miejscu: bije z niego harmonia, której chce się być częścią, a nie ujarzmiać ją sznurem i betoniarką.

Remont

Szczęśliwie dla nas, poprzedni gospodarze nie omieszkali się pochwalić, że weranda i altanka, a także największy powód do chluby, czyli brama wjazdowa do gospodarstwa to dzieło ich własnych rąk, a konkretniej to Pana Krzysztofa. Dlatego jeszcze przed wyprawą do notariusza w samym powiatowym Sokołowie, uczyniliśmy przedmiotem transakcji również wliczoną w cenę kupna wymianę poszycia dachu na domu, oraz prowizoryczne naprawy, czyli łatanie eternitem pozostałych budynków stojących w obejściu.

Gdy dom zaczął tracić głowę i negliżować się, zrzucając z siebie kolejne arkusze eternitu, to było niemal zmysłowe! Po okolicy niósł się jęk wyciąganych z krokwi gwoździ, a my wiedzieliśmy już, że konstrukcja jest zdrowa i ubranie domku w nowy dach nie będzie wymagało remontu generalnego i nie sprowadzi na nas finansowej ruiny.

zdejmowanie eternitu

zdejmowanie eternitu
Wiola prezentuje błyskawiczne postępy prac. Ekipa Pana Krzysztofa podziwia dzieło swych rąk. Kamila przeczuwa nadchodzące trudne pytania.

Kiedy eternit został zdjęty, kluczową decyzją stało się: co z akacją. To pytanie musiało paść. Jeden z pomocników Pana Krzysztofa spytał nieśmiało, czy ścinamy. Odpowiedź mogła być tylko jedna. To jest drzewo nie do ścięcia. Przystąpiliśmy więc do obudowywania akacji konstrukcją dachu. Wisiało nade mną pytanie, jak obrobimy otwór na pień podczas kładzenia blachy, ale uznałem, że to nie jest właściwy moment na takie rozważania. Jakoś się przecież zrobi, tyle na razie wystarczy za plan.

Nowy strych

Dużo pilniejszym zagadnieniem do rozważenia jawiło się wytyczenie na strychu nowych otworów okiennych, które uczynią z pierdolniczka z walającymi się dziurawymi gumiakami – dwie najlepsze sypialnie na całej Złotej Górce.

remont dachu na starej chałupie

W tym zagadnieniu nieocenionym wsparciem była Anna, nasza nadworna kaligrafka, dorywczo wykonująca wyuczony zawód architekta. Jak to dobrze, w razie wątpliwości móc ot tak po prostu sięgnąć po telefon i zadzwonić do odpowiedniego fachowca. Dzwonię zatem, bo oto Pan Krzysztof instruuje mnie, że to już, to jest ten moment, żeby podjąć decyzję, chłopaki czekają pod parą by ciąć odpowiednio krokiewki i osadzać je w dachu. Jak robimy dach i jak mają wyglądać otwory okienne? Nie wiem czemu, ale w głowie mam obraz kukułek wąskich na szerokość jednego dystansu między krokwiami. Anka tylko puka się w głowę i radzi, żeby zrobić otwory na szerokość dwóch krokwi, a dach nie dwuspadowy, prostopadły do kalenicy, ale jednospadowy, równoległy do niej. Gdy tylko jest w Jakubikach, zawsze bardzo jej za tę podpowiedź dziękuję.

nowe otwory okienne na poddaszu

nowy dach na starej chałupie
Teraz czas na kopanie pod nowe schody i podmurówkę. Przy szufli nieoceniony Pan Heniek.

Niestety, Ona nie bywa tu wcale. A mogłaby wreszcie przyjechać z Rodziną, bo teraz, już z oknami, Jej dzieło jest wreszcie kompletne!

Najprostszą blachę trapezową wybraliśmy nie tylko ze sknerstwa, ale także z rozsądku. To najlżejsze dostępne poszycie, nie wymaga zbyt wiele drewna  w postaci gęstej siatki krokwi i łat. Nie dość, że taniej, to i nie obciążymy w ten sposób niepotrzebnie samej „budy” domku niepotrzebnym balastem. W dodatku sama blacha jest też najtańsza, a i bardzo neutralna, szczególnie w prawdziwym, a nie wyidealizowanym wiejskim krajobrazie. Ładnie porasta mchem i porostami, nie obłazi, łatwo się obrabia. No po prostu same plusy!

rewitalizacja drewnianej chałupy wymiana dachurewitalizacja drewnianej chałupy wymiana dachu

rewitalizacja drewnianej chałupy wymiana dachu

Ekosystem na dotarciu

Ciągle nie wymyśliłem, jak obrobić dach wokół akacji. Póki co leje się na taras, ale przelatuje między deskami i wsiąka w piach, więc chyba nie ma co się aż tak strasznie przejmować. Przez pewien czas w pniu akacji uwielbiały pobrzękiwać tłuste szerszenie, ale zatkaliśmy ich ulubioną dziurę szmatą i teraz już nie przylatują. To nie jest drzewo do ścięcia. Bardzo nam przy nim dobrze.

A Wy? Ścięlibyście, czy nie?

5 thoughts on “Drzewo nie do ścięcia

  1. Wspaniały dom! Siedzę w betonowym, zakurzonym mieście i marzy mi się lemoniada na Twoim pięknym tarasie, zapach łąki, ciepły wiatr na policzkach 🙂 Podziwiam determinację i trzymam kciuki za powodzenie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.